Magdalena Nawrocka o depresji i nie tylko

Magdalena Nawrocka

 

Krzywe zwierciadło

fragment pierwszy

W pokoju jest duszno. Nie mam przecież prawa otworzyć nawet okna. O pozostawieniu go otwartego na dłużej też zresztą nie ma mowy, gdyż już po kilku minutach robi się niesamowita zimnica, jako że ogrzewanie jest tu automatyczne. To znaczy otwarcie okna powoduje natychmiastowe wyłączenie zasilacza ogrzewczego. Proste i skuteczne. Tylko podziwiać, jakie te Francuziki sprytne i jakie oszczędne. Siedzę więc w zatęchłym odorze wypalonych papierosów. Wokół mnie sterty niedopałków. A niech tam. Żeby tylko na tym kończyły się tak zwane warunki szkodliwe dla zdrowia. Niestety.

Czas zatrzymał się w miejscu, dłuży się w nieskończoność. Nawet nie wiem, jaki dziś dzień tygodnia, a co dopiero mówić o dacie. Wyczerpała się też bateria w moim zegarku i tylko po regularności podawanych posiłków orientuję się, która może być godzina. Nie mam pilniczka ani nożyczek. Moje i tak już słabe, połamane paznokcie obgryzam aż do bólu, do krwi. Siedem nieszczęść w jednej osobie, nic więcej.

Któraś to już z rzędu godzina, jak tak siedzę zgnębiona, przepełniona lękiem, raz jeszcze roztrząsając niesprawiedliwość i okrucieństwo swego losu. Nachodzą mnie natarczywe wątpliwości, którym nie jestem w stanie stawić czoła.

A jeśli ci wszyscy tutejsi lekarze straszą mnie nie na darmo i faktycznie jest ze mną aż tak źle? Ja natomiast zamiast uznać chorobę, licząc się z jej konsekwencjami, uporczywie wmawiam zarówno sobie, jak i wszystkim wokół, że mój zły stan jest jedynie przejściowy i niegroźny, znów powołując się na ludową maksymę: nie taki wilk straszny, jak go malują. Czyż nie jest to najzwyklejszym chowaniem głowy w piasek? Może tak być.

Muszę uczciwie przyznać, że zawsze do tej pory, mimo że cierpiałam, że się nieludzko wprost męczyłam, te wszystkie nawiedzające mnie cyklicznie stany depresyjne ja po prostu trochę lekceważyłam. Nigdy tak naprawdę nie zaakceptowałam faktu, że jestem najzwyczajniej poważnie chora, że pomoc z zewnątrz jest mi niezbędna, gdyż pogrążając się w depresji, poniekąd mimowolnie ją jeszcze w sobie podsycając, mogę doprowadzić do dramatu.

Już sama nie wiem, ile przeżyłam takich kryzysów, nawrotów. Mylą mi się okoliczności, nie potrafię precyzyjnie określić ich w czasie. Przywołuję je na pamięć na zasadzie skojarzeń, haseł.

Strata dziecka przy porodzie w niecały miesiąc po przyjeździe do Francji to pierwszy z kryzysów. Kompletne załamanie, najbardziej dramatyczne i najbardziej rozpaczliwe
w swym przebiegu. Nie wiedziałam wtedy nawet, co mi się przytrafia, co się ze mną dzieje. Słowo depresja nic mi nie mówiło, a już na pewno nie zdawałam sobie sprawy, że jest to choroba jak inne, którą się najzwyczajniej leczy.

Moja nieświadomość brała się pewnie stąd, że w Polsce, w kraju, z którego przyjechałam, wszelkie niedomagania psychiczne podobnie jak przypadłości weneryczne traktowane były trochę jako choroby mało taktowne, wręcz wstydliwe. Tak więc rwąc włosy z głowy, przepłakawszy niezliczone, niekończące się bezsenne noce, pijąc też zresztą na umór, ten pierwszy kryzys psychiczny przecierpiałam, przezwyciężyłam sama. O ile w ogóle można mówić o przezwyciężeniu. Niewyleczona depresja nie ustąpiła, nie popuściła raz zawładniętej ofiary. Przyczaiła się tylko w oczekiwaniu sprzyjających okoliczności, aby zaatakować z potęgującym się zacietrzewieniem kolejny i kolejny raz.

Nawroty pojawiały się w mym życiu jak zdjęcia w kinematografie: urodzenie Dorotki i w zaledwie miesiąc potem depresja, ostro nabrzmiały konflikt małżeński - depresja następna, operacja guza w piersi i kolejna, eksperyment z podjęciem pracy i znów krach. Męczące, a to jeszcze nie koniec.

W dodatku, między tymi jednoznacznie zdefiniowanymi chorobami były różne regresy, wahnięcia, brak reakcji na zalecone leczenie lub jak w aktualnym przypadku wyraźna jego nietolerancja. Wszystko to niebywale przeciągało całą zabawę, wydłużając zarówno psychoterapię, jak i rekonwalescencję w nieskończoność. Okresy "czyste", stany psychicznego zdrowia nigdy nie były ewidentne, a już na pewno nieliczne.

Co to za uprzykrzone świństwo, które się do mnie przyczepiło i wlecze się za mną od wielu uprzykrzonych lat. Diagnoza lekarzy jest zgodna i jednoznaczna - uporczywa depresja melancholiczna. Dobrze to czy beznadziejnie? Już raczej wygląda na drugie.

Można by pomyśleć, no cóż, melancholia - tani sentymentalizm, nic groźnego. Tęsknota, smutek, żal i same takie bzdury. Coś jakby wziąć do kupy mierne piosenki wiejskiej kapeli z ich ckliwym, wisielczym nastrojem. Podlotkowe fanaberie i tyle. A guzik. Okazuje się, że to tylko nazwa brzmi tak niewinnie, a sama choroba jest niezmiernie zdradliwa i szkodna. Z tego co wiem, jest to też forma depresji najtrudniejsza do złagodzenia, przystopowania, jako że o zupełnym wyleczeniu mówi się raczej nieśmiało.

Straszny bałagan w tej całej medycznej nomenklaturze, bo na przykład taka groźnie brzmiąca z nazwy depresja maniakalna jest akurat chorobą jasno określoną w genezie i przebiegu i dla psychiatrów zgodnie serwujących przy niej skuteczne lekarstwo, które mnie też podawano, a zwie się Litiomit, jest jak małe piwo.

Jasne, że do mnie musiała się przyczepić nie dość, że sama depresja, to jeszcze w swej najgorszej, najbardziej wrednej formie. Nic dziwnego. We wszystkim przesadzam, zawsze idę na całość, nie uznaję półśrodków. A więc jak już wariować, to też z fasonem. Ma się tę fantazję i rozmach.

Dobrze sobie pożartować, ale mnie wcale, ale to ani trochę nie do śmiechu. Nie ma dwóch zdań, znalazłam się w szambie po uszy. Spróbuję opowiedzieć jak to jest.

Skąd w ogóle takie choróbsko się bierze? I dlaczego? Czyżbym była genetycznie naznaczona, skazana lub tylko bardziej od innych skłonna, a może to jedynie samo życie przynoszące tragedie, niepowodzenia, najróżniejsze przeszkody i stresy załamało psychiczną równowagę, prowokując bolesny szok? Gdzie jest w tej chorobie początek, a gdzie koniec? Co jest przyczyną, a co konsekwencją? Wszystko się tu miesza, zazębia. Nawet najwięksi w tej dziedzinie mądralińscy nie odpowiadają jednoznacznie na te pytania, tym bardziej nie odpowiem i ja.

Spróbuję jednak sięgnąć do początku, uzmysławiając sobie, jak się to wszystko zaczęło i kiedy. Niezmiernie trudne jest takie cofnięcie się aż do genezy choroby, szczególnie w sytuacji, że się z niej jeszcze nie wyszło, gdy jest się ciągle jeszcze pogrążonym w niezdrowym tumanie oszołomienia. Mimo wszystko spróbuję. W każdym razie jestem pełna dobrej woli, a to już zawsze coś.

Ta choroba przychodzi nie wiadomo kiedy i skąd. Aż dotąd normalne, raz bardziej, raz mniej jasne życie i nagle nic, jakby się wszystko straciło. Pomost z dotychczasową egzystencją zerwany. Depresja - kompletny psychiczny krach. To nadciąga niepostrzeżenie lecz nieodwołalnie jak czarna, naładowana grzmotami burzowa chmura. Powoli opada, zataczając coraz szersze kręgi. Zagarnia to, co napotyka po drodze i ładując swoją destrukcyjną siłą, wszystko przeinacza, niszczy, deformuje.

I to jest dobre porównanie z tym ładunkiem, napięciem. Wystarczy spojrzeć na człowieka cierpiącego na depresję, wygląda jak powalony piorunem. Już sama jego sylwetka jest charakterystyczna, typowa. Całe ciało nieprawdopodobnie naprężone, z napiętymi mięśniami, a jednocześnie złamane, w każdym bądź razie wyraźnie pochylone do ziemi. Jakby jakaś niewidzialna siła napierała na niego z zewnątrz, jakby odczuwał nie dający się zniwelować nacisk, który przygniata, przegina, a niekiedy łamie. Zdarza się, że presja jest silniejsza niż wewnętrzny opór i trzeba jej się poddać, nie można jej znieść. Chyba mam rację. Wystarczy przyjrzeć się etymologii słowa depresja. Sama nazwa mówi za siebie. Przymus, nacisk, przygniatanie. Ta choroba jest dokładnie tym.

Inne objawy są też znamienne, jasno określone. Teraz ja mogę udzielić porady. Może moje świadectwo trafi do kogoś zagubionego w depresyjnym bólu i pomoże mu zrozumieć, co się z nim właściwie dzieje. Jeśli od pewnego czasu, powiedzmy od paru tygodni, zaobserwowałeś u siebie dokuczliwą bezsenność, nagły brak apetytu z seksualnymi apetytami włącznie, tracisz wyraźnie na wadze, z niechęcią i obrzydzeniem krzyżujesz rano spojrzenie ze swoim odbiciem w lustrze, czujesz się niepotrzebny, nieprzydatny i dotąd superman teraz nagle robisz się śmiertelnie zmęczony, bez chęci do życia, to wiesz, co ci powiem? Źle jest z tobą, bardzo źle.

Nie oszukuj się, że to przejściowe. Nie bagatelizuj objawów, a przede wszystkim nie licz, że ustąpią z czasem same. Nie zwlekaj, biegnij do najbliższego psychiatry, gdyż depresja jak ciężka, lepka wulkaniczna lawa sięgnęła również po ciebie.

Tyle że jeśli jesteś już chory, to nawet nie zdajesz sobie sprawy z autentycznego zagrożenia. Nie jesteś w stanie się obserwować, a co dopiero mówić o wyciągnięciu konstruktywnych wniosków czy podjęciu decyzji o ucieczce, ratunku. Stoisz ogłupiały, pusty i bezwolny i tylko z przeogromnym lękiem czekasz aż nieuchronnie przelewająca się magma zaleje cię definitywnie, a wtedy skończą się wszystkie twoje cierpienia.

Niekiedy nie wytrzymujesz tego przepełnionego nieludzkim strachem oczekiwania na najgorsze, poddajesz się i zdobywając się jeszcze na ostatni wysiłek woli, zadajesz gwałt własnej egzystencji. Unicestwiasz przerażające oczekiwanie, unicestwiasz niezmierzony ból. Bo potem jest już tylko pustka i nicość. I ty na to liczysz. To dla ciebie obietnica,
wyzwolenie się, ostateczna ucieczka.

Tylko że najczęściej okazujemy się za słabi, aby się zabić. I znów wracamy do przymusu, gdyż będąc jednocześnie absolutnie niezdolnymi do życia, jesteśmy skazani na jego kontynuowanie, co można porównać z przejściem czyśćca na ziemi. Nie dość, że banalne jest to porównanie, to jeszcze zdecydowanie za słabe. Żyjąc pogrążeni w chorobie, jesteśmy skazani na piekło. I chociaż to też banalne, nie ma w tym niestety przesady.

Bardzo bym chciała, aby mi uwierzono, więcej, zrozumiano. Koncentruję się maksymalnie, na ile to tylko możliwe, aby ta relacja była przekonywająca i jasna. Jestem umotywowana, nawet może zbyt mocno, aby opowiedzieć wszystko, co wiem o tej chorobie, która fatalnie wykrzywiła moje życie.

Czym przybliżyć życzliwemu obserwatorowi ten piekielny koszmar, jaki przeżywa osoba cierpiąca na depresję? Jak mogłabym wyczulić na bezmiar bólu i cierpienia, które ją przepełnia bez reszty? To duża odpowiedzialność, nie chodzi przecież tylko o mnie. Na tę chorobę cierpi tysiące ludzi. Przyjrzyj się uważnie, być może zagubionych i nieszczęśliwych znajdziesz także w twoim najbliższym otoczeniu.

Depresja to prawdziwa makabra. Nie będę się bawiła w wyszukiwanie mądrzej brzmiących słów, przejdę już raczej do opisania jej znaczących i jakże przykrych symptomów. Na samo ich wspomnienie wzdragam się z niepokoju i zgrozy.

Przede wszystkim bezsenność. Trzeba przez to przejść, aby naprawdę zrozumieć, jakim przekleństwem mogą stać się najzwyklejsze zaburzenia snu. Człowiek chory jest kompletnie wytrącony w czasie, a jego sen zupełnie rozregulowany. Jeśli jesteś moim towarzyszem niedoli, znasz to równie dobrze, jak ja.

Nie możesz zasnąć, bojąc się czekających cię koszmarów. A są to wierni wrogowie i niezawodnie wracają do ciebie każdej nocy. Nie możesz ich odtrącić ani kazać im odejść. Posłusznie za każdym razem odgrywasz rolę bohatera-ofiary. Budzisz się nagle zlany zimnym potem lub gorącymi łzami z nieprzebrzmiałym jeszcze echem własnego przerażonego krzyku napierającego z ciemności. Poczucie zagrożenia jest totalne. Nie odważysz się już zasnąć tej nocy. Skulony i sparaliżowany strachem przysiądziesz na brzegu łóżka lub w fotelu, aby bez nadziei czekać na świt. I znów nie będziesz sam.

Czarne myśli, irracjonalne lęki, bliżej nieokreślone złe przeczucia opadną cię i zagarną w swą otchłań jak przepastne wzburzone morze, które przeraża, a zarazem wciąga. Będziesz płakał nad sobą, nad zmarnowanym swym życiem, nad własną bezużytecznością i okrucieństwem losu. I będzie ci źle i będziesz się bał, nie rozumiejąc, co się z tobą dzieje. Jeżeli pijesz, sięgniesz wtedy po alkohol, aby się upić na umór. Jedyne czego pragniesz, to przestać odczuwać, przestać myśleć, móc zawiesić bolesną egzystencję w pijanej próżni.

Te pełne udręki noce, to tylko zaledwie jedna strona medalu, gdyż po nocy nieuchronnie nadchodzi przecież dzień. Ludzie zdrowi, wypoczęci i pełni świeżej energii z mniejszym lub większym zapałem rzucają się aktywnie w wir życia. Borykają się mozolnie, aczkolwiek dzielnie, z trudnościami, czerpią z niego nadarzające się przyjemności. Tak żyją ludzie zdrowi, nie ty.

Ty wstajesz rano, sam nie wiesz po co. Przed tobą dzień, który zapowiada się beznadziejnie pusty. Czujesz się jak wypluty kapeć, zmęczony rozgoryczony. Zadania, które cię czekają napawają cię niechęcią i trwogą, gdyż i tak nie czujesz siły, by robić cokolwiek.

 

MAGDALENA NAWROCKA jest pedagogiem, absolwentką Wydziału Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Jest autorką książek: Po drugiej stronie tęczy oraz Krzywe zwierciadło. Obecnie przebywa we Francji, gdzie pisuje felietony, które publikuje w internetowych grupach dyskusyjnych, prasie polonijnej, a także w serwisie PSYCHOLOGIA.

___________________________________________________________________________________________

[Strona glowna] [Temat wydania] [Aktualności] [Psychologia społeczna] [Psychologia rozwojowa] [Psychoterapia] [Z pogranicza psychologii] [Język a świat] [Magdalena Nawrocka o depresji i nie tylko] [Hipnoza] [Spojrzenia] [Informatory] [Biblioteka psychologa] [Psychologia w Internecie] [Wieści z PTP] [Spotkania i konferencje] [Projekty badawcze] [Czat] [Współpraca] [Archiwum artykułów] [Redakcja] [Akty prawne]

© Copyright by Psychologia.vel.pl Marcin Zawojski

2001 - 2005

Wszystkie prawa zastrzeżone

webmaster