Magdalena Nawrocka o depresji i nie tylko

Magdalena Nawrocka

 

Krzywe zwierciadło

fragment drugi

Depresja jako głęboki ból życia. Gdzieś zasłyszałam to mocne i jakże adekwatne określenie. Kompletna pustka i bezsilność. Nieludzki wprost wysiłek, aby ciągnąć, kontynuować. Boli cię dusza, tak to odczuwasz i nie potrafisz nawet poskarżyć się, opisać jak to jest. Zresztą mówienie też boli, gdy jest się pogrążonym w cierpieniu. Wiesz jedynie, że na nic nie masz chęci, jesteś zmęczony życiem, wstawaniem co rano po nic i bez sensu. Nic ci nie wychodzi, nie potrafisz skoncentrować się nad niczym. Dajesz za wygraną, zarzucasz wszystko, co robiłeś, chowasz się gdzieś w kącie, płacząc ze strachu, bezsilności i żalu. Odcięty od wszystkiego, co dzieje się wokół, pozostajesz jak drewniany manekin martwy i obojętny. Uciekasz w samotność, zamykasz się w sobie. Boisz się, bardzo się boisz: wojny nuklearnej, ulicznego wypadku, rozdzwonionego telefonu i pukania do drzwi. Teraz już nie dopuścisz do siebie nikogo. Czując się podle i bardzo samotnie, sięgasz po prochy, nie wierząc nawet, aby mogły ci pomóc lub po butelkę, aby zalać robaka. Wiesz, że to jest nierozsądne i naganne, co robisz, że tylko znów okazujesz swą słabość. Wzmaga się poczucie winy.

Poczucie winy cię nie opuszcza. Maltretowało cię w nocy, musisz się z nim zmierzyć również za dnia. Samooskarżeniom graniczącym z masochizmem nie ma końca. Przekonujesz sam siebie, jakim to jesteś wyrzutkiem, punktujesz wszystkie własne błędy i wady, roztrząsasz bez końca całe tkwiące w tobie lub tylko wyimaginowane zło. I kiedy już sam siebie nareszcie przekonasz, że jesteś kompletnym zerem, straceńcem lub psychopatą, w każdym razie ze wszystkich najgorszy, zaczynasz traktować cierpienie, które odczuwasz jako sprawiedliwą karę za grzechy, jako zasłużony tak zwany dopust Boży.

Uwierzysz w to głęboko, będziesz tak myślał z pełnym przekonaniem. Wtedy dopiero staniesz na pozycji naprawdę straconej, gdyż nikt i nic przy takim nastawieniu nie będzie w stanie ci pomóc.
Zresztą ty nie zwrócisz się do nikogo o pomoc. Czujesz, że się topisz, ale pozostając całkowicie bierny i obojętny wobec grożącego ci niebezpieczeństwa, nawet nie wyciągniesz ręki w poszukiwaniu jakiegoś punktu zaczepienia, ratunku. Tak jakbyś właściwie sam chciał zejść w najgłębszą otchłań bez powrotu. Dlatego też, jeśli raz jeszcze usłyszysz popularnepowiedzenie o tonącym, który brzytwy się chwyta, możesz być pewny, że ten nieszczęśnik jest na pewno zrównoważony psychicznie, o depresji pewnie nawet nie słyszał, bo inaczej bez walki, a nawet z uczuciem ulgi poszedłby na dno jak ty.

Tak więc niedoszły topielec, wewnętrznie martwy, pusty jak ta deska targana przez wzburzone fale, której morze nie chce jednak pochłonąć, szarpiesz się sam z daleka od lądu. Jesteś samotny, odizolowany, odcięty. Może i wysyłasz jakieś sygnały
wołające o współczucie, zrozumienie i pomoc, lecz otoczenie, nawet twoi najbliżsi nie są w stanie zrozumieć, co się z tobą właściwie dzieje.

Sądząc, że to dla twojego dobra, starają się tobą wstrząsnąć, zmobilizować cię, apelując, abyś wziął się w garść. Wskazują na absurd twojej bezpodstawnej rozpaczy, przekonując, że ci niczego przecież nie brakuje, przypominając, że masz dwójkę jakże udanych dzieci. Przyznajesz im rację, kochasz ponad wszystko swoją parkę, tyle że to nie ma nic wspólnego z wisielczymi uczuciami, które zagarnęły już tobą bez reszty.

Jednak dzieci niestety w tym wszystkim tkwią. Cierpliwość, bezkrytyczną wyrozumiałość i miłość pomieszaną z czujnym, przeogromnym niepokojem o ciebie jakie ci okazują, sprawiają, że czujesz się jeszcze gorzej i coraz trudniej znosisz nawet ich obecność. Chociaż wiesz, że to niesprawiedliwe, nic nie możesz zmienić. Zdajesz sobie sprawę, że zadajesz im ból i ta świadomość tylko jeszcze bardziej zaostrza poczucie winy. Wszystko jest trochę prostsze, gdy jesteś sam. Znów popijasz, bierzesz prochy. Za wszelką cenę chcesz zasnąć, oczywiście bez kolacji i wieczornej toalety.

Nie tylko rutynowe zajęcia życia codziennego takie jak ubieranie się, jedzenie, mycie, dotąd oczywiste, wręcz niezbędne, nagle i kompletnie straciły wszelki sens. Całe twoje nastawienie filozoficzno-egzystencjonalne odwołuje się do ewidentnego absurdu. Akt narodzin konfrontujesz z pogrzebem, nie rozumiesz po co choremu w ogóle się leczyć, jeśli i tak wcześniej czy później musi umrzeć. Życie straciło sens. Pogrążasz się w beznadziei.

I nie wyjdziesz z niej sam, gdyż z tej choroby nie da się wyjść samemu. Nie
jest to kwestia silnej, nawet żelaznej woli. Niezbędna jest fachowa pomoc medyczna, lecz ty o tym nie chcesz nic wiedzieć lub naprawdę nie wiesz.

Znikąd nie widzisz dla siebie ratunku. A mądry i niezadufany w sobie profesor psychiatrii powie, a właściwie poskarży się, że jest naprawdę niezmiernie ciężko uzdrowić, uratować chorego, który już w nic nie wierzy. I będzie miał rację.

Nic do ciebie nie dociera. Nie jesteś zdolny do jasnego rozumowania. Żadne racje nie są cię w stanie przekonać. Dlatego mądry lekarz nie będzie z tobą dyskutował ani cię do czegokolwiek namawiał. Będzie cię leczył i tylko słuchał. On jest mądry i wie, że żyjąc pod znakiem bólu i cierpienia, odbierasz świat w sposób zdeformowany pesymizmem, destrukcją.

Totalne zaburzenie percepcji wszelkich docierających do ciebie informacji sprawia, że teraźniejszość jest zdekomponowana, zniekształcona, a wskutek paraliżującego lęku i uczucia zagrożenia nie jesteś w stanie myśleć o przyszłości. Stoisz przed krzywym zwierciadłem.

Widziałeś takie w wesołym miasteczku. Tyle że teraz wypaczone odbicie, które do ciebie dociera nie śmieszy. Wprost przeciwnie, napawa obrzydzeniem i lękiem. Wpatrując się w nie, nie rozumiesz, nie rozpoznajesz już niczego. Ogarnia cię obezwładniający zamęt. Wszystko jest koślawe, wyolbrzymione i w swej deformacji koszmarne. Każde smutne wydarzenie jest dla ciebie prawdziwym końcem świata, najmniejsze niepowodzenie urasta do rangi porażki, nieprzychylną uwagę na swój temat utożsamiasz natychmiast z odtrąceniem. Jedno wielkie poplątanie z pomieszaniem.

Mylisz smutek z tragedią, przykrość z katastrofą, krytykę bliźnich z potępieniem. Koszmarny jest obraz, przed którym stoisz. Bezlitosne jest lustro, które tak deformuje,zniekształca. Nie wpatruj się w nie dłużej. Nie pozwól, aby cię zniszczył ten odpustowy rekwizyt. Nie czekaj. Zniszcz je, rozbij na najdrobniejsze kawałki lub chociaż odwróć się i odejdź.

Niestety. Ja wiem, nie możesz tego zrobić. To krzywe zwierciadło, o którym mówię i które cię zgubi, jest w tobie...

 

MAGDALENA NAWROCKA jest pedagogiem, absolwentką Wydziału Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Jest autorką książek: Po drugiej stronie tęczy oraz Krzywe zwierciadło. Obecnie przebywa we Francji, gdzie pisuje felietony, które publikuje w internetowych grupach dyskusyjnych, prasie polonijnej, a także w serwisie PSYCHOLOGIA.

___________________________________________________________________________________________

[Strona glowna] [Temat wydania] [Aktualności] [Psychologia społeczna] [Psychologia rozwojowa] [Psychoterapia] [Z pogranicza psychologii] [Język a świat] [Magdalena Nawrocka o depresji i nie tylko] [Hipnoza] [Spojrzenia] [Informatory] [Biblioteka psychologa] [Psychologia w Internecie] [Wieści z PTP] [Spotkania i konferencje] [Projekty badawcze] [Czat] [Współpraca] [Archiwum artykułów] [Redakcja] [Akty prawne]

© Copyright by Psychologia.vel.pl Marcin Zawojski

2001 - 2005

Wszystkie prawa zastrzeżone

webmaster