Temat wydania

Jacek Zawadzki

 

O psychologii w szkole

Chciałbym podzielić się refleksją na temat zastosowania psychologii w pracy z młodzieżą, a dokładniej z uczniami szkoły podstawowej. A konkretniej o braku zastosowania psychologii. Co prawda mam już prawie 22 lata, ale okres szkoły podstawowej nie jest jeszcze tak bardzo odległy jak dla osoby dużo starszej. O problemie dużo już się pisało i mówiło. Daleko nam jeszcze do standardów krajów „wyżej" cywilizowanych, gdzie psycholog zajmuje w procesie edukacyjno-wychowawczym ważne miejsce. Daleko nam również do takiego kontaktu z młodzieżą, aby stanowić dla nich oparcie w trudnym okresie dojrzewania i dokonywania życiowych wyborów, oparcia którego czasami nie mogą znaleźć w domu. I właściwie można by sobie zadać pytanie po co kolejny artykuł na taki oklepany tytuł. Ponieważ wydaje mi się, że o takich rzeczach trzeba pisać i mówić, tylko w ten sposób można zwracać uwagę na problem.

Moją refleksję przedstawię na konkretnym przykładzie, który wydarzył się w pewnej szkole podstawowej w mieście X. Intencją moją nie jest skupienie się na sytuacji ale jej konsekwencjach, nie rozliczanie osób zaangażowanych, ale ukazanie tła sytuacji. Dlatego pozwolę sobie opowiedzieć sytuację, pomimo że osoby zainteresowany łatwą odnajdą siebie.

Otóż w tejże klasie, szóstej, miało miejsce zdarzenie, które zapoczątkowało łańcuch wynikowy. W czasie lekcji historii, kiedy nauczycielka opuściła klasę doszło do sprzeczki między uczniami, co skończyło się wysypaniem zawartości kosza na śmiecie. Tak przedstawia się tło sytuacji. Właściwa historia zaczyna się od powrotu do klasy nauczycielki.

Domyślam się, że nie jest rzeczą przyjemną zastać w klasie totalny chaos i śmieci na podłodze. Według mnie nie upoważnia to jednak do wyciągania pochopnych wniosków. Otóż pani nauczycielka natychmiast uznała, że jest to robota któregoś z chłopców. No cóż prosty mechanizm – heurystyka dostępności – i bardzo ciekawy schemat poznawczy: chłopiec = łobuz. Wydaje mi się to bardzo „pedagogicznym" działaniem. Nauczycielka była jednak bardziej konsekwentna w swoim dążeniu do wiedzy i ukarania winnych, że zażądała od klasy wskazania winowajcy. Klasa odmówiła. Tutaj musze wtrącić słowo podziwu dla jedności grupy. Muszę przyznać, że w mojej klasie w szkole podstawowej zanim nauczyciel powróciłby do klasy, już wiedziałby kto, co i dlaczego. No ale czasy były inne i system promował takie zachowania „pro społeczne". Nie będę wnikał dlaczego tak się stało, że klasa odmówiła wskazania winnych, jest to jednak oczywista porażka wychowawcza pedagoga. W tym momencie nauczycielka wpada na rewelacyjny pomysł, żywcem przeniesiony z lat '50 lub ze Związku Radzieckiego. Skoro nie ma winnej osoby, a ukarać kogoś koniecznie trzeba, bo inaczej mógłby ucierpieć jej autorytet, to należy ukarać wszystkich. Odpowiedzialność zbiorowa. Ja to jeszcze mógłbym zrozumieć, że Pani ma stalinowskie zapędy, ale w moim odczuciu odpowiedzialność zbiorowa polega na ukaraniu całej grupy. Widocznie źle to pojmuję, bo ukarani zostali tylko chłopcy. Nie należy do tej historii, ale warto napomknąć, o autorytecie młodych nauczycieli. Pamiętam jak w liceum miałem polonistkę, dziewczynę ledwo co po studiach, która była jednocześnie naszym wychowawcą. Na lekcji wychowawczej była z nami niemalże na Ty, identyfikowała się z nami a my z nią. Ale kiedy wchodziła na lekcję polskiego chciała być nagle Panią Profesor, o ogromnym autorytecie. Taka zmiana frontów nie była najlepszym pomysłem i szybko stało się to poważnym konfliktem. Jeśli więc takie jest podejście młodych pedagogów, to niech nie dziwią się, że nie potrafią zdyscyplinować klasy. Każdy chciałby być od razu Profesorem, ale najpierw trzeba być jednak magistrem. Wspomniałem o tym, ponieważ nauczycielka historii już wielokrotnie wcześniej skarżyła się na klasę i brak atmosfery do pracy na zajęciach.

Ponieważ wszystkim chłopcom zostały wpisane jedynki ze sprawowania, zainterweniowali rodzice. Pojedyncze interwencje doprowadziły do zorganizowania zebrania klasowego celem rozwiązania problemu. Rodzice byli zbrojni w poważne argumenty, ponieważ wychowawczyni (młoda nauczycielka informatyki) od początku nie radzi sobie z klasą i nie prowadzi prawidłowo procesu wychowawczego. Ponieważ wychowawczyni i nauczycielka historii to przyjaciółki, postanowiły razem wystąpić w tej bitwie przeciwko rodzicom (użycie słów jak najbardziej celowe). Dzieci otrzymały, w ramach pracy domowej z historii, polecenie napisania wypracowania na temat zachowania się klasy w czasie zajęć historii. Może to deja vi, ale okres obywatelskich donosów chyba mamy już chyba za sobą. Brak anonimowego „donosu" był zagrożony oceną niedostateczną z przedmiotu. Gdyby nie to, że przerabiany jest temat pierwszych królów Polski, to pomyślałbym, że to praktyczne ćwiczenia z okresu 1950 – 1989.

Pomimo wojowniczych nastrojów obu stron zebranie przebiegało w dość spokojnej atmosferze, przy udziale dzieci. Rodzice po raz kolejny udowodnili większe kompetencje w wychowywaniu dzieci i wpływie na nie niż szkoła. Donosy nie zostały wykorzystane, ponieważ winni przyznali się sami. I jakież było ogromne zdziwienie obu nauczycielek, gdy okazało się, że prowodyrem była dziewczynka. Pozostawię już bez komentarza jak w obliczu faktów wyglądało działanie nauczycielki historii, wnioski nasuwają się same.

Problemem głównym jest zakończenie całej sprawy. Ponieważ wcześniej użyłem porównania do bitwy, więc trzeba wskazać wygranych i pokonanych. Otóż największe zwycięstwo odniosły obie nauczycielki. Nie dostrzeżono nieprawidłowości w ich działaniu i przekonane o słuszności swoich metod wychowawczych odeszły z podniesioną głową. Przegrały dzieci, i to na całej linii. Została złamana spójność grupy, donosicielstwo zostało nagradzaną wartością. Ale to może nie byłby największy problem. Otóż z mojej obserwacji wynika, że to właśnie dzieci w całym sporze wykazywały najwięcej rozsądku. Istotnie w klasie jest problem kilku osób, tzw. dzieci nadpobudliwych. Jak wiadomo nauczyciele nie potrafią sobie poradzić inaczej z takimi uczniami, jak tylko za pomocą represji co powoduje odwrotne, katastrofalne skutki. Tak było i w tym przypadku. Karanie całej klasy, w obliczu porażki pedagogicznej, to ewidentny objaw braku kompetencji pedagoga. Dlaczego to dzieci okazały się najrozsądniejsze? Ponieważ to one dostrzegły i właściwie zdiagnozowały problem. Ale w swojej dziecięcej ufności zwróciły się o pomoc w jego rozwiązaniu do rodziców i pedagogów (stad m.in. zebranie ogólnoklasowe z udziałem dzieci, na ich prośbę). Tymczasem problem nie został rozwiązany, pedagodzy umyli ręce, rodzice skarcili dzieci za całą sytuację. A dlaczego dzieci chciały zebrania? Ponieważ gdy problem wyniknął w czasie lekcji wychowawczej, to światły pedagog stwierdził, że to nie jest jego problem. Jeśli są dzieci nadpobudliwe w klasie, to klasa powinna sama je uspokoić. Genialne, no wujek dobra rada by na to nie wpadł.

Kończąc tą historię chciałbym zadać pytanie. Czy dzieci z następnym problemem zwrócą się jeszcze po pomoc do pedagogów? Pozostawiam to pytanie otwartym.

Warto jeszcze tylko nadmienić, że szkolny psycholog nie zajął się sprawą. To dziwne, bo takich „manewrach" wychowawczych należałoby zorganizować chociaż jedno spotkanie klasy z psychologiem, który na pewno bardziej fachowo rozpoznałby problem w grupie i wskazał możliwości do jego rozwiązania. Powinien, ale po co. Skoro w pracy szkolnego psychologa wystarczy się ograniczyć do zaświadczeń o dysleksji i dysgrafii. Bo czy warto w ogóle wspominać o przeszkoleniu psychologicznym pedagogów? Oświata ma jedną gotową odpowiedź na wszystko – brak pieniędzy. I ja to doskonale rozumiem. Bo czy młodej nauczycielce, zarabiającej grosze, chce się wnikać w problemy klasy? Nie, nie chce się. Tylko ja zadaje pytanie, to po co została nauczycielką. Chyba sytuacja oświaty jest powszechnie znana? Czy można więc decydując się na pracę pedagoga mieć w perspektywie karierę finansową? Wydaje mi się, że nie. Ale być może mylę się. Dla mnie ten zawód wciąż jednak wiąże się z pewną misją. Misją, o której tak pięknie pisała Orzeszkowa w „ABC...". Ja miałem szczęście być uczonym i przez starszą kadrę i przez młodych pedagogów. I mimo luźnej atmosfery i nowoczesnego podejścia u tych drugich, dużo lepiej wspominam surowych profesorów, którzy przychodzili do nas z misją, a tą misją była nasza edukacja. Widząc jakich nauczycieli ma mój młodszy brat mam podstawy do troski o edukację młodych Polaków. Czy o to chodzi naszym władzom. Czy Unia Europejska życzy sobie mieć kraj członkowski z tanią siłą roboczą, bo głupie jest tanie? Czy to może tylko chwilowe zaniedbanie na wirażu reformy oświaty? To pytania skłaniające do dyskusji i przemyślenia. I warto je zadawać ciągle dla dobra kraju.

 

JACEK ZAWADZKI jest studentem III roku psychologii klinicznej w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie oraz studentem V roku zarządzania w Wyższej Szkole Zarządzania i Przedsiębiorczości im. Leona Koźmińskiego w Warszawie.

___________________________________________________________________________________________

[Strona glowna] [Temat wydania] [Aktualności] [Psychologia społeczna] [Psychologia rozwojowa] [Psychoterapia] [Z pogranicza psychologii] [Język a świat] [Magdalena Nawrocka o depresji i nie tylko] [Hipnoza] [Spojrzenia] [Informatory] [Biblioteka psychologa] [Psychologia w Internecie] [Wieści z PTP] [Spotkania i konferencje] [Projekty badawcze] [Czat] [Współpraca] [Archiwum artykułów] [Redakcja] [Akty prawne]

© Copyright by Psychologia.vel.pl Marcin Zawojski

2001 - 2005

Wszystkie prawa zastrzeżone

webmaster