Spojrzenia

Marzena Gburska

 

Od euforii do rozpaczy

Syndrom grudniowo-styczniowy

  Grudzień. Wszystkie znaki, na ziemi i niebie, jasno wskazują, że po przygnębiającej jesieni nadchodzi czas radości i euforii. Święta. Grudzień to miesiąc dobroci dla innnych. Zupełnie naturalnie zaczynamy obdzielać wszystkich pokładami naszej optymistycznej energii właśnie w grudniu. Jak bardzo jesteśmy podatni na tanie chwyty: kojąca moc słyszanych zewsząd kolęd, słodkiego Mikołaja (a może i Mikołajczycę, pod brodą może się kryć wiele…). Ale, tak naprawdę, kochamy ten magiczny czas, jest nam potrzeby moment totalnego oderwania od rzeczywistości, skupienia swojej uwagi na „celach wyższych”. Nawet brak pieniędzy nie przeszkadza już tak bardzo, banki świetnie znają techniki sprzedaży, kilka reklam, gdzie wszyscy sa szczęśliwi, działa na nas jak balsam. I nas usprawiedliwia. Przecież raz w roku należy się nam odrobina luksusu, uśmiech na twarzach naszych bliskich. Grudzień to czas enigmatyczny. Nie wiedzieć czemu, chcemy być dobrzy dla wszystkich. Pan Janek z mięsnego już nie jest tak odrażający, jakim był jeszcze w listopadzie, a pani Janinka z warzywniaka, mimo że nadal wkłada nam zgniłe jabłko do kosza, jest nadzwyczaj urocza… Jest zupełnie normalne, że jesteśmy podatni na znaki werbalne, a czasem bardziej i niewerbalne, jakimi bombarduje nas przed świętami rzeczywistość. Kolorowe lampki, porozwieszane na wszystkim, co może imitować drzewko, zastępują nam brak światła. Łagodna muzyka, rozbrzmiewająca wszędzie, koi skołatane nerwy. Jest błogo i beztrosko. Jesteśmy szczęśliwi i nie potrzeba nam nic więcej. Uśmiechamy się do nieznajomej na ulicy, Mikołaja w supermarkecie. Kupujemy kolejny zestaw kosmetyków dla cioci, płytę CD dla meża (choć pewnie inni też wpadną na ten sam pomysł), zestaw desek do krojenia dla mamy. I wcale nam nie przeszkadza, że ekspedientki są świeżo po kursie technik sprzedaży i psychologiczne łapanie klienta mają opanowane do perfekcji. Bo w dzisiejszym, zabieganym, szarym, pozbawionym perspektyw życiu do szczęścia potrzeba nam trochę lampek i sztucznej uprzejmości. Nie ma  w tym nic złego, jeżeli te wszystkie dobrodziejstwa, jakimi obdarza nas grudzień, serwujemy z umiarem (ucieszą się szczególnie ci, w których okres przedświąteczny wywołuje mniejszy entuzjazm, tych osób jest jednak mniej). Radość jest potrzebna, daje nam siłę do dalszego działania, eliminuje stres. Umiar to najlepszy środek, jaki możemy sobie kupić w aptece bez recepty. A potem zostaje na już tylko cieszyć się i świętować. Z umiarkowaną afektacja.

 

  Styczeń. A zwłaszcza pierwszy stycznia. Wiele osób, z którymi rozmawiałam, mówiło, że pierwszy dzień roku działa na nich depresyjnie. Wymęczeni sylwestrowa zabawą (często z przymusu, bo nie wypada nigdzie nie iść…) w okolicach południa widzimy w lustrze zrozpaczoną twarz z podpuchniętymi oczami. Nagle, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko jest takie zwyczajne. Choinka już nie pachnie, resztki jedzenia walają się po lodówce. Na koncie ubyło sporo pieniędzy. Pan Janek i pani Janinka, no cóż… Nie są już tacy mili i zabawni. I wszyscy i wszystko krzyczy: Moje noworoczne postanowienia to…! I po raz kolejny jesteśmy zmuszeni do wpasowania się w schemat: coś sobie obiecać (jak rok temu, choć nic z tego nie wyszło), wrócić do pracy ( a to już koszmar!), opowiadać, jak to się dobrze bawiliśmy  w towarzystwie ciotki, widzianej ostatnio 20 lat temu (no, ale nie wypadało jej nie zaprosić na święta…). Dopada nas czarna rozpacz i zniechęcenie. Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy (nawet dziecko to wie). I właśnie teraz jest taki moment. Po wielkiej euforii, wielkie Nic. Niepewność, strach, co przyniesie nam nowy rok, kredyty do spłacenia, obawy, czy oby uda nam się dostać do lekarza ( kolejki są już od października)…Wariant rozpaczy jest jednym z możliwych, ale nie jedynym. Są jeszcze i takie osoby, na które nowy rok działa mobilizująco. Inny tok myślenia. Początek czegoś, to nowe szanse, nadzieja na lepsze, nowe wyzwania. Zaczynamy wszystko od początku, zostawiając to, co było. Przecież wszystko (co dobre, oczywiście) może się zdarzyć…Optymiści dłużej żyja. Jak zatem przeżyć ten ambiwalenty czas? Po prostu go przetrwać. Tak zwyczajnie. Jeśli nie mamy ochoty na robienie postanowień typu: schudnę 30 kilogramów lub polecę na Wyspy Kanaryjskie, lepiej w ogóle z nich zrezygnować. Rozczarowanie bardziej boli. A jak mawiał Forrest Gump: Życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz, co ci się trafi… Oby to były wyłącznie smaczne czekoladki.

 

Marzena Gburska

MARZENA GBURSKA ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim. Zajmowała się dziennikarstwem prasowym. Interesuje się psychologią. Uczestniczyła w wielu szkoleniach z udziałem psychologów i pedagogów. Zdobytą wiedzę wykorzystywała w pracy z młodzieżą.

Zapraszamy do dyskusji!

Skomentuj ten artykuł, wypowiedz się na Forum dyskusyjnym. Zapraszamy!

[Strona glowna] [Temat wydania] [Aktualności] [Psychologia społeczna] [Psychologia rozwojowa] [Psychoterapia] [Z pogranicza psychologii] [Język a świat] [Magdalena Nawrocka o depresji i nie tylko] [Hipnoza] [Spojrzenia] [Informatory] [Biblioteka psychologa] [Psychologia w Internecie] [Wieści z PTP] [Spotkania i konferencje] [Projekty badawcze] [Czat] [Współpraca] [Archiwum artykułów] [Redakcja] [Akty prawne]

© Copyright by Psychologia.vel.pl Marcin Zawojski

2001 - 2005

Wszystkie prawa zastrzeżone

webmaster